Nowy Rok spędzić nad morzem, ale z dala od domu. A co! rankiem 31 grudnia wyjechaliśmy do Jantaru na Mierzei Wiślanej. Mieszkam blisko morza, jednak byłam tylko w paru nadmorskich miejscowościach. Postanowiliśmy by Nowy Rok spędzić tylko razem, bez imprez, bez tłumu. Nad morzem. Byłoby wszystko dobrze, gdyby nie fakt że zapomniałam Nuvifone.a zielono i pomarańczowo
Witanie Nowego Roku kojarzy się często z wielkimi hucznymi imprezami. Rozpoczęcie karnawału, suknie, garnitury, tańce, alkohol etc. Choć nie mam nic przeciwko temu, to nie jest to w moim stylu. Wolałam spędzać te chwile gdzieś „na uboczu” ale z ukochaną mi osobą. W moim miasteczku także można było spędzić ten dzień. Ale Nowy Rok spędzić w miejscu w którym się nigdy nie było to jest już coś! Jest to dzień, który poprzedza Nowy Rok, to równie dobrze można go spędzić troszkę dalej, ale nie za daleko, żeby nie było problemu z powrotem do domu. Tak też się stało. Pojechaliśmy do Jantaru.
Przypadek czy plan?
Na dworcu, tuż przed odjazdem pociągu w stronę Gdańska zorientowałam się, że nie wzięłam Nuvifone. Nokia cicho siedziała w plecaku, ale co z tego skoro bez karty. Brak jego, oznaczał jedno – brak kontaktu ze światem, no może nie dosłownie, ale na pewno z tym światem, który będzie chciał się ze mną skontatkotować. W pierwszej chwili pomyślałam – horror – jednak później nie było to takie straszne jak się wydawało. Byłam przekonana, że nie wytrzymam ale brak kontaktu stawał się przyjemny z godziny na godzinę.
Wybraliśmy z Ziemkiem małą nadmorską miejscowość na Mierzei Wiślanej. Latem na pewno tętni życiem, zastanawiałam się jednak jak to będzie w czasie mrozu i śniegu. Mieliśmy wiele pomysłów co do miejsca na sylwestra, lecz pozostaliśmy przy Jantarze. To był bardzo dobry wybór. Gdybyśmy mieli jechać tam raz jeszcze nie odmówiłabym.
31 grudnia wyjść z domu o 4.35 i zapomnieć telefonu.. tak tylko mnie się mogło zdarzyć. Jednak troszkę odczułam brak tego wspaniałego urządzenia, ale nie w kwestii telefonów, a bardziej wi-fi, nawigacji i innych bardzo przydatnych gadżetów w podróży. Właśnie, w podróży! Wtedy kiedy telefon mógł się bardzo przydać, cassia go zapomniała. Trzeba było sobie poradzić bez niego.
Podróż była przyjemna. Najpierw pociąg o świcie, a później autobus, który podwiózł nas prawie pod sam ośrodek. Mówię „prawie” bo troszkę musieliśmy przejść. Jak przyjechaliśmy na miejsce to temperatura nas troszkę zaskoczyła. W Słupsku było powyżej zera, w Jantarze niestety 5 stopni poniżej. Zimno było, więc trzeba było szybko przejść do ośrodka. Zapytaliśmy się o drogę tuż pod nim, ale powiem szczerze, że nie dało się go nie zauważyć. A ośrodek Naptun się zwie.
Po przyjeździe wybraliśmy się na spacer po „dziedzińcu”. Byliśmy troszkę zaskoczeni gdyż po tej małej płaszczyźnie oprowadzał nas tamtejszy kot. Jednym słowem można by go także nazwać „KOT przytulak”. Oprowadzał nas i tylko sprawdzał czy czasem się nie zgubiliśmy. My grzecznie szliśmy za nim z tyłu. Był troszkę ciężki. Tak stwierdziłam po minie Ziemka, który wziął go na ręce. Jemu to na pewno było ciepło, mnie nie bardzo. Nie mam takiej zimowej osłony jak on..
Po dotarciu na miejsce naszą chwilą relaksu był0 2 godziny snu, aby troszkę doładowani zebrać się na sylwestrowy 3-godzinny spacer brzegiem morza. Morze tego dnia było bardzo kapryśne i marudne. Wdzierało się w ląd i chciało nas co chwilę pomoczyć. Wracając myślami we wspólnie spędzone chwilę mogę powiedzieć że warto było wstać tak wcześnie, by poczuć zapach morza w Jantarze w sylwestrowe popołudnie.
Nowy Rok spędziliśmy tylko we dwoje. Najpiękniej jak tylko można było sobie wymarzyć.
Nie będziemy się rozpisywać, powiemy tylko, że było pięknie. A co do podróży powrotnej… Hmm były niespodzianki, nie będziemy ukrywać. A ten dzień utwierdził nas w przekonaniu, że nie wolno wierzyć internetowym rozkładom jazdy. Powiecie – jasne - przecież zawsze są błędy. Musimy także dodać, że błędy są na przystankach, i przez taki błąd mogliśmy w ogóle nie wyjechać z Jantaru. Jednak nie wolno się poddawać. Nie wolno rozpaczać, lamentować, tylko szybko i konstruktywnie myśleć.
W tym miejscu przydałby się Nuvifone. Tak bardzo by się przydał… Ale cóż zrobić… gdy go nie było? Nie było internetu, by się poratować na mrozie. Nie było telefonu, nie było nawigacji i paru innych potrzebnych gadżetów które przydają się najbardziej w podróży. A ja go … zapomniałam.
Były dwa wyjścia z sytuacji:
1. Złapać stopa i prędko do Gdańska, by załapać się pociąg do domu
2. Wrócić do ośrodka i pojechać następnego dnia
Nam miało by się nie udać wrócić do domu? Łapiemy stopa i już. Staliśmy przed przystankiem przeszło 15 minut. Piętnaście minut i nic.. Nikt się nie zatrzymał, bo wszyscy miejscowi. Ziemek łapał stopa i nic. To może inaczej – mówi z uśmiechem, ja się schowam na przystanek a Ty teraz łap – powiedział do mnie.:-) Pech chciał że też nic nie „upolowałam”. Pomarzliśmy jeszcze przez chwilkę i z radością wsiedliśmy do zatrzymującego się samochodu. Kiedy samochód zwalniał serce mi się rozradowało. To była bardzo szczęśliwa chwila, miałam przed oczami już dworzec gdański
A chwilę przed tym pomyślałam, że trzeba będzie wracać do Neptuna. Nadzieja umiera ostatnia – pomyśleliśmy razem.
To jeszcze nie był koniec niespodzianek, ale najważniejsze jest to, że dotarliśmy do domu
a w domu mnóstwo smakołyków i łakoci. Między innymi tiramisu mamy.. mniam najpyszniejsze na świecie.
Więcej nic nie powiem..



Szczęśliwa żona. Niepoprawna optymistka, idealistka i radosna. Czasem zwariowana i szalona, a jak trzeba to stanowcza. Czytając blog dowiesz się o mnie więcej.