Jeszcze kilka lat temu mogłam tylko pomarzyć o tym, by pójść do Opery Narodowej. Nawet najskrytsze marzenia się spełniają więc i moje małe marzenie także się spełniło. W grudniu ubiegłego roku zrobiliśmy rezerwację właśnie na operę Giuseppe Verdiego – Traviata. Mijały dni, miesiące, aż wreszcie nastał piętnasty dzień lutego. Mój ukochany mąż wie jak spełnić wszystkie marzenia swojej żony. zielono i pomarańczowo
Literatura muzyczna – mój „ulubiony” (pewnie nie tylko mój) przedmiot na studiach. Wielogodzinne wsłuchiwanie się w muzykę klasyczną. Od średniowiecznych chorałów przez opery po muzykę XX wieku. Osłuchani „zawsze” przygotowani pilni studenci muzyki przychodziliśmy na zaliczenia „literatury”. Tak patrząc z boku mogę stwierdzić, że były to zajęcia bardzo ciekawe. Praca domowa odbywała się oczywiście w domu. Ach co za czasy.
Wspomniałam o literaturze muzyki, o tym, że słuchałam oper ALE na „zaliczenie”, a jak wiadomo za zaliczenie zupełnie inaczej brzmi niż na żywo. Wtedy przez myśl mi nie przeszło, że Traviate będę mogła kiedyś usłyszeć i zobaczyć na żywo.
Rezerwacją zajął się Ziemek, jako stały bywalec Opery Narodowej nie mógł sobie odebrać tej przyjemności. Początek lutego był bardzo napięty, ponieważ 10 lutego Uosusuokko Underleyhall*PL zmieniła miejsce zamieszkania, czyli jej nowymi ludźmi staliśmy się my. Od 11-13. lutego mieliśmy kontrolę rodziców w Warszawie a we wtorek 15. lutego do Opery. Czas upłynął bardzo szybko, nie było zbytniego wyczekiwania.
Na co dzień, praca, praca, praca i jeszcze raz praca, więc takie oderwanie od codzienności jest jak najbardziej wskazane. Co prawda nie podjechaliśmy limuzyną pod Teatr Wielki a zrobiliśmy sobie mały spacerek na Plac Teatralny w dwunastostopniowym mrozie to też było przepięknie. Jak wiadomo każdy „pierwszy raz” jest taki… inny.
Więc…. zasiedliśmy w loży C (w grudniu tylko takie miejsca zostały wolne). Ziemek przychodząc do Opery zawsze siadał w loży R, więc teraz dla urozmaicenia zmieniliśmy strony.
Odszykowani (jak należy do Opery się odszykować) przyszliśmy godzinę przed czasem. Mieliśmy w planie mały spacer… W pierwszym momencie poczułam się jakbym przeniosła się w czasie – do PRL-u. Ściany, dywany, lustra, fotele i mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Tak, tak zamiast się zachwycać i chwalić wygląd przewspaniałego Teatru Wielkiego to ja marudzę i narzekam, że nie tego się spodziewałam. Poprawię się. Nawet zapach był taki PRL-owy. Dobrze już słowem nie pisnę o PRL-u w Operze.
Traviata – Giuseppe Verdi
W moich wyobrażeniach ta opera wyglądała bardzo, ale to bardzo, bardzo klasycznie. Okazało się, bardzo, ale to bardzo, bardzo, bardzo NOWOCZEŚNIE. Postanowiłam nie zaglądać w ogóle na stronę Teatru Wielkiego po zarezerowaniu biletów co by za dużo nie przeczytać o tym co miałam przecież usłyszeć i zobaczyć po raz pierwszy. Ziemek na Traviatę przychodził kilka razy, więc także myślał, że to będzie kolejny raz to samo. Spotkało nas niemałe zaskoczenie ponieważ Traviata w reżyserii Mariusza Trelińskiego była zupełną odwrotnością dawnej Traviaty.
Z loży C widać pięknie prawie całą orkiestrę, dyrygenta i gdyby się dobrze przypatrzeć to i nawet nuty. Następnym razem będzie trzeba się zaopatrzyć w szkiełko by móc podpatrzeć nutki. Widok przepiękny na scenę, na orkiestrę, a także na cudną kopułę!
Byłam nastawiona na piękne stroje, a ujrzałam odwrotność ich brak, czasem ich zupełny brak. No nic, przyzwyczaiłam się po kilkunastu minutach. Przecież opera to nie tylko scenariusz – to muzyka, więc skupiałam się na muzyce. Przypomniałam sobie przy okazji emisję głosu, gdzie trzeba było śpiewać czasem i arie na zaliczenie. Urzekł mnie unoszący się głos solistów oraz piękny dźwięk instrumentów.
Uwielbiam słuchać muzyki symfonicznej, bardzo mile wspominam Festiwale Pianistyki Polskiej w Słupsku, gdzie od najmłodszych lat chodziłam z mamą.
Dlatego teraz orkiestra połączona z solistami oraz scenografią wywarła na mnie wielkie wrażenie. Czekam na kolejną okazje by móc się rozpływać w Operze. Możliwe, że mąż coś przede mną ukrywa i już coś po cichu rezerwuje.
Najsłynniejsze momenty
- Libiamo ne lieti calici – akt I, duet (toast Alfreda)
- Un di felice – akt I, aria Alfreda Aria, w której Alfred wyznaje miłość Violetcie; zaczyna się od słów Un di felice (Dnia pewnego szczęśliwą [cię ujrzałem]). Motyw z tej pieśni powraca w arii Violetty Sempre libera
- Sempre libera – akt I, aria Violetty
Marzec 2nd, 2011
Cassia
Posted in
Tags: 

Szczęśliwa żona. Niepoprawna optymistka, idealistka i radosna. Czasem zwariowana i szalona, a jak trzeba to stanowcza. Czytając blog dowiesz się o mnie więcej.

nie jestem bywalcem oper, ale miłośnikiem muzyki i audiofilem rękami i nogami
Literatura muzyczna? ten przedmiot brzmi interesująco
pozdrawiam
Literatura muzyczna – słuchasz wszystko na zaliczenie
co do opery polecam!
Kochana zapraszam do Opery Bałtyckiej w Gdańsku
przy okazji na kawę do mnie:) w tej chwili sezon się zakończył ale po wakacjach:) polecam Halkę i Salome:) buziaki:*