Postanowiłam niedawno zostawić po sobie ślad na blogu ^integralny.ego. Temat ten nie jest mi obcy, więc i ja swoje chciałam wtrącić. Pewno mam odmienne poglądy niż większość z Was, ale taki głos jak mój jest potrzebny. Może dzięki niemu, ktoś zmieni pogląd?
zielono
Oto mój komentarz:
Wspólne mieszkanie staje się pewnego rodzaju testem, z nasuwającym się pytaniem: czy damy radę żyć ze sobą? Czegoś tu nie rozumiem. Każdy człowiek ma inny temperament, ale spotykając się; przebywając często z drugą osobą, trochę się do niej upodabniamy. Korygujemy swoje złe przyzwyczajenia, wady by przypodobać się drugiej osobie.
Można poznać człowieka nie mieszkając z nim. Spytacie: jak? Spędzając z nim dużo czasu, lecz nie 24/24 Ważne by co kilka tygodni przeprowadzić „poważną” rozmowę i powiedziec sobie o zaletach i o tych trudnych wadach. Nie można niektórych rzeczy przemilczeć, bo po ślubie może wyjść szydło z worka.W trakcie studiów lepiej zająć się nauką, bo całe życie przed nami by cieszyć się sobą.
Analiza zachowań w związku jest tak ważna jak śniadanie, bez tego ani rusz. Myślę, że to jest lepszym miernikiem niż wspólne mieszkanie. Ci ,którzy są ze sobą od wielu lat, a nie mieszkają razem, to czekają ślubu, by móc zamieszkać i jeszcze bardziej cieszyć się sobą.
Radość ze spotkania, nie odbierajmy jej sobie tak szybko. Wyczekiwanie to oznaka miłości, zaangażowania i próby. Z drugiej strony Ci, którzy przebywają ze sobą non stop przyzwyczajają się do swojego widoku i nie myślą o ślubie, bo tak im dobrze. Czy nie za dobrze? Nie muszą się ze sobą umawiać, bo przecież widują się codziennie.
Czy ktoś z Was również uważa podobnie lub tak samo jak ja?
zielono
Jeśli podoba Ci się wpis lub nie, możesz zostawić po sobie ślad wpisując krótki komentarz - cassia



Studiuję muzykę z kredkami. Niepoprawna optymistka, idealista i radosna panna. Czasem zwariowana i szalona, a jak trzeba to stanowcza. Czytając blog dowiesz się o mnie więcej.


30 sierpnia 2009 o godz. 23:00
Do tej pory miałem odmienne zdanie i w zasadzie z pewnych powodów nadal mam, ale Twój wpis poszerzył moje horyzonty. Ciekawy punkt widzenia. Ostatnio gdzieś widziałem wyniki badań mówiące o tym, że pary mieszkające ze sobą przed ślubem rozwodzą się częściej niż Ci, którzy zamieszkali razem dopiero po ślubie. Czyżby zwyczaj: „pomieszkajmy i zobaczymy jak się ułoży” odchodził do lamusa?
Pozdrawiam,
Bartek
31 sierpnia 2009 o godz. 12:19
Kiedyś byłam zwolenniczką długiego wspólnego mieszkania przed ślubem(niezależnie od tego,że przeciwniczką ślubu jako takiego byłam i jestem) ale po tym jak sporo starych par się rozstało pomimo wspólnego mieszkania… dozłam do wniosku,że nie ma reguły i się nie da znaleźć recepty na stały związek uzależniając to od czynników zewnętrznych. To nie ważne czy sie mieszka przed ślubem razem czy nie, to nie ważne jak długo i w ogóle. Jak się między ludźmi kończy miłość, o ile była w ogóle… to nic nie pomoże. Ani papier, ani ślub, ani wcześniejsze macanie kota w worku.
31 sierpnia 2009 o godz. 19:29
Nigdy nie byłem zwolennikiem mieszkania przed ślubem, z różnych przyczyn, szczególnie moralnych. Dlatego też podoba mi się perspektywa na jaką na to patrzysz. Konkretna rozmowa z chłopakiem, partnerem, narzeczonym (a nawet mężem) to udana recepta trwałego związku. Ja tak sądzę przynajmniej.
Pozdrawiam.
31 sierpnia 2009 o godz. 23:17
Wszystko zależy od ludzi. Żadne z góry założone schematy nie mają sensu. Mieszkałem z Żoną (Narzeczoną ówczesną… a może nawet nie byliśmy jeszcze narzeczeństwem?) przed ślubem rok. Czy coś to zmieniło? Nic. Kompletnie nic. Docieraliśmy się – ale bez zgrzytów, dokładnie tak samo było po ślubie – bo tu jest największa tajemnica!
Ślub nie zmienia nic w stosunkach między ludźmi. Jeśli kochali się przed ślubem, to po ślubie również będą się kochać. Ślub/wesele to po prostu świetna impreza. Wewnętrznie nie zmienił nic (nie mówię o dniu ślubu, który jest przeżyciem – ale w szerszym kontekście przeżyć/zmian wewnętrznych).
2 września 2009 o godz. 15:40
Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. A nie jest łatwo kiedy rozmowa wisi nad głową, a jedna ze stron nie ma ochoty, bądź po prostu nie chce. Człowiek boi się wielu rzeczy, a strach go ogarnia kiedy słyszy „poważna rozmowa”. Nie jest tak? A za tym kryje się czasem rozmowa o „nas”. Nie o Tobie i o mnie tylko o nas.
Czas narzeczeństwa zmusza do myślenia, gdyż z dwojga ludzi powoli, powoli staje się „jedna osoba”. Zanika „Ty i ja” a powstaje upragnione „my”. Im szybciej tym lepiej dla związku, kiedy para zacznie myśleć już jako jedno.
Nie jest łatwo, nie jest. A jak mieszka się razem, to takie rozmowy schodzą na dalszy plan. Przeciez trzeba zrobić, : to, to, to i jeszcze to. Później już czasu nie ma bo późno. I tak koło sie zamyka.
3 września 2009 o godz. 10:44
Jest jeszcze jeden aspekt, którego nie poruszyliśmy – zbyt długie odkładanie „tej jednej chwili”. Wbrew pozorom i temu, że pisałem – że ślub nic nie zmienia… Odkładanie ślubu i życie na kocią łapę, nie zawsze wychodzi związkowi na dobre. Zwłaszcza, jeśli nie mieszka się razem. Znam parę, która była razem 10 lat… 10 lat razem – mieszkając o 20m od siebie, ale nie razem.. i zabrakło właśnie tej jednej decyzji. Rozeszli się – Ona myślała, że o nią będzie walczył, że w ten sposób poruszą znów swoje serca… On myślał inaczej.
3 września 2009 o godz. 14:46
Prawdą jest, że kobiety mają inny punkt widzenia na ślub niż mężczyźni. Takie odwlekanie i odpowiadanie “niedługo” wcale nie służy, a często zniechęca drugą stronę. Może to wynikać z tego, że mężczyzna nie jest jeszcze gotowy na “ten krok”. Chce najpierw zapewnić dobrobyt swojej przyszłej rodzinie.
Oczywiście, ma swoje racje. Nie potępiam tego, ale i nie jestem w 100% za tym. Dzięki temu czas rozłąki może trwać i trwać. A mało która kobieta chciałaby słyszeć “niedługo” przez kilka lat. Im dłużej odwleka się ślub tym gorzej.
Po 5 latach bycia ze sobą zaczyna się robić niebezpiecznie. Najgorzej jeśli mężczyzna nic sobie z tego nie robi. Jest przecież taka opcja, że to kobieta bd miała dość i powie co jej leży na sercu. Lepiej przed niż po.
O czułościach wspomnę niebawem (lub o braku ich)..
3 września 2009 o godz. 17:54
Mam podobne zdanie na ten temat. Żeby się dobrze poznać nie trzeba koniecznie mieszkać razem. Długie mieszkanie ze sobą prowadzi często do tego, że do związku może wkraść się nuda rutyna. Jeżeli mieszka się ze sobą na zasadzie „zobaczymy jak to będzie” w tym momencie łatwo o rozstanie. Brakuje właśnie tej decyzji i jasnej deklaracji, że chce się z tą drugą osobą spędzić resztę życia.
28 września 2009 o godz. 11:55
Dziękuję, że dzięki Twojemu wpisowi mogłem się nad tym zastanowić. Do tej pory myślałem zupełnie inaczej. Każdy etap w miłości ma swoje etapy- poznanie, zauroczenie, zakochanie, miłość, oczekiwanie na spotkanie, wspólne spędzanie czasu, zaręczyny, małżeństwo, wspólne mieszkanie, rodzina.
Wspólne mieszkanie może prowadzić do przyzwyczajenia, dalej do monotonii…i szybkiego znudzenia, zwłaszcza gdy ludzie mają wolną furtkę bo żyją na wolnej stopie.”Nie pasuje Ci to do widzenia”. Gdy tworzy się rodzinę i mieszka razem, wtedy wszystkie problemy trzeba nauczyć się rozwiązywać razem.
A najważniejsze, że owocem Miłości jest dziecko, na której młoda para skupia swoje myśli i uczucia. Ono wtedy jest tym łącznikiem, które jeszcze bardziej sprawia, że Miłość jest piękniejsza. Myślę, że po Twoim wpisie, Ci co go dobrze przemyślą zmienią zdanie. Ja już zmieniłem.
5 listopada 2009 o godz. 23:32
Mam odrobinę odmienne zdanie, może dlatego że mieszkamy razem już 5 lat, a od 3 lat odkładamy ślub. Mieszkanie razem bardzo mnie zmieniło- wcześniej byłem „luźne szelki”… ale od kiedy mieszkamy razem nauczyłem się iść na kompromis, a pierwsze kotlety mielone w moim wykonaniu mimo że przypalone to i tak smakowały wyśmienicie:) Każdy dzień jest inny, mimo ze wykonujemy te same czynności.
Dodatkowo pracujemy razem, w jednym sklepie, Ona jest moim kierownikiem. Wszyscy nam to odradzali, ale widocznie w Nas nie wierzyli. Mimo że kilka lat już minęło, to każda chwila spędzona razem jest niesamowita-obojętnie czy oglądamy film przytuleni na kanapie, czy Ona się uczy a ja siedzę obok przy kompie-ale to, ze odwrócę głowę i Ona tam będzie jest niesamowite.
Widzę że troszkę odszedłem od tematu:)
Uważam, ze mieszkanie razem o ile może pomóc, to na pewno nie zaszkodzi. To właśnie wtedy można się doskonale poznać, i sprawdzić, czy nawyki drugiej osoby nie będą nas doprowadzać do szału… A wiadomo, ze czasami drobnostki są w stanie zniszczyć coś, co wydaje się idealne.
Pozdrawiam
6 listopada 2009 o godz. 0:02
” Ci ,którzy są ze sobą od wielu lat, a nie mieszkają razem, to czekają ślubu, by móc zamieszkać i jeszcze bardziej cieszyć się sobą.”
To po ślubie, jak już zamieszkają razem i po kilku latach przestaną cieszyć się sobą to jest w porządku, bo wtedy już będzie po ślubie to się nie rozejdą?
Chyba nie trafia do mnie ta argumentacja. Ślub to okazja do uczczenia swojego uczucia, zamanifestowania go, nie powinien być przepustką do zamieszkania razem, bo wtedy jego idea traci na znaczeniu.
Jeśli wyczekiwanie na ślub ma mieć swój sens i swój motor we wspólnym zamieszkaniu to już lepiej zamieszkać bez ślubu i po tym roku czy dwóch zapytać się czy dalej chcemy tej uroczystości.
Branie ślubu, by ze sobą zamieszkać to stosowanie niewspółmiernych środków do celu, jaki chcemy osiągnąć.
To nie jest tak, że pary które zamieszkały razem bez ślubu i im nie wyszło wiodły by razem szczęśliwe życie jako małżeństwo nie mieszkające przed ślubem ze sobą – nie! Te pary mogłyby tylko zmarnować sobie życie, jeśli nie wychodzi mieszkanie bez ślubu to ze ślubem też by nie wyszło i pewnie wtedy duża część tkwiłaby w nieszczęśliwym małżeństwie.
Tyle moje zdanie
6 listopada 2009 o godz. 0:12
nareszcie ktoś rozsądnie mówi, bo już myślałam, że moje myślenie – bardzo podobne – jest przedpotopowe, archaiczne i zupełnie nie z tej epoki ;>
Jak ktoś mówi „test”, to mnie szlag trafia – jaki test? na umiejętność sprzątania skarpetek i opuszczania po sobie deski klozetowej?
jestem zdania, że – tak jak piszesz – można poznać się na tyle dobrze, żeby chcieć spędzić ze sobą resztę życia i bez mieszkania razem.
Myślę, że bycie ze sobą to też umiejętność rozwiązywania konfliktów – mniejszych i większych, sztuka kompromisów, to „na dobre i na złe”. a nie tylko na dobre, a jak źle, to do widzenia… według mnie dojrzałość – także ta do dzielenia życia z innym człowiekiem – jednak zobowiązuje.
6 listopada 2009 o godz. 10:14
Temat ciekawy i ważny. Można na niego patrzeć z różnych punktów widzenia i siedzenia. Wydaje się może czymś racjonalnym, gdy mieszkanie przed ślubem traktujemy jako „sprawdzenie się”, aby wszystko dobrze działało tak jak sprawdza się samochód czy ziemniaki do kupienia na zimę. I może porównanie to jest ironiczne, to jednak z ludzkiego punktu widzenia troszkę prawdziwe.
Z argumentów racjonalnych przeciw mieszkaniu przed ślubem podam fakt znany mi z rozmów i spowiedzi z wieloma osobami: Mieszkanie przed ślubem razem, co oczywiste w ogromnej większości przypadków wiąże się również ze wspólnym seksem. Sam akt seksualny przyjemny i potrzebny, staje się jednak ogromną przeszkodą w poznawaniu się wielu osób. Dlaczego? Otóż sfera seksualna, szczególnie dla mężczyzn (częściej dla mężczyzn niż kobiet) przysłania inne ważne rzeczy, które zakochani powinni wzajemnie w sobie poznać zanim wezmą ślub.
Sfera seksualna tak angażuje, że facet będzie wszystko w ostateczności sprowadzał i ustawiał do tego. Tak będzie go to angażować, że niekiedy czasu czy ochoty na poważne rozmowy, tak ważne we wzajemnym poznaniu, już nie będzie.
Sytuacja jeszcze się pogarsza, gdy pojawia się nieoczekiwane w tym momencie dziecko. Wtedy szybka decyzja na ślub i koniec narzeczeństwa. Jaki tego efekt? Znają się, sprawdzili się, ale przede wszystkim w łóżku. Innych ważnych rzeczy o sobie nie wiedzą. Wtedy w biurze parafialnym przed ślubem czy przy spowiedzi to wszystko wychodzi.
Nie chciałem przez to powiedzieć, że mężczyzna jest jak zwierzak, który tylko myśli o seksie. Wydaje mi się, że kto inteligentny to wie o co mi chodzi.
Drugi argument, który jako ksiądz powinienem podać jako pierwszy to kwestia naszej wiary i sumienia. Nie napisałem go na początku, bo przecież nie wszyscy czytelnicy tego bloga muszą być katolikami i szanuje ich przekonania i poglądy. Wierzącym jednak przypominam, że ślub to sakrament do którego trzeba się przygotować. Mieszkanie przed ślubem jest grzechem i nie podoba się Bogu. Jeżeli ktoś traktuje wiarę i Boga poważnie to to powinien być dla niego argument koronny.
Wiadomym jest, że ślub kościelny nie gwarantuje w stu procentach tego, że małżeństwo będzie super udane i na całe życie (patrz rzeczywistość). Ale na pewno zwiększa ono taką możliwość, szczególnie wtedy gdy narzeczeni będą do niego dobrze przygotowani, a potem już w małżeństwie będą z Jezusem przeżywać swój sakrament, pamiętając jego słowa: „Będziecie się wzajemnie miłowali, jeżeli będziecie przestrzegać moich przykazań”. No właśnie często się ludzie rozchodzą, bo po ślubie o Bogu i przykazaniach zapominają. Oni sobie, a sakrament sobie. No ale to już osobny temat.
Pozdrawiam
6 listopada 2009 o godz. 11:38
@Prophet uważasz więc, że ludzie którzy ze sobą nie mieszkają nie uprawiają seksu?
Nie rozumiem też dlaczego dwójka ludzi, która razem zamieszka miałaby nie rozwiązywać wspólnie problemów i nie poznawać się na jakiejkolwiek inne płaszczyźnie poza sferą seksualności wzajemnej. To się wzajemnie nie wyklucza. I tutaj znowu pojawi się moje pytanie podobne do wcześniejszego – Po ślubie, po wspólnym zamieszkaniu, jak już ta para rozpocznie współżycie to nie mają już żadnych szans na ani wzajemną pomoc, ani dalsze poznawanie siebie, tak?
Zbyt dużo uproszczenia jest według mnie w Twoim komentarzu.
Zastawiałam się czy to napisać, ale jednak się nie powstrzymam – Bogu powinny się nie podobać całkiem inne zachowania i wydarzenia, niż to że dwoje kochających się ludzi postanawia razem zamieszkać, że się kochają, dbają o siebie i sobą opiekują.
6 listopada 2009 o godz. 13:56
Zbyt długie przebywanie faceta w towarzystwie kobiet czy kobiety powoduje u niego tragiczne konsekwencje; powiększenie piersi, huśtawki nastrojów, zainteresowanie zakupami. Jestem za tym, aby ograniczyć dostęp mężczyzn do kobiet do absolutnego minimum. Zwłaszcza po ślubie, gdyż wtedy właśnie mężczyzna staję się bezbronny wobec agresywnej ekspansji estrogenu.
6 listopada 2009 o godz. 14:12
Podoba mi się Twój punkt widzenia
Dodam tylko jedno.
Warto odpowiedzieć sobie na pytanie – co to znaczy doświadczenie. Kto to jest człowiek doświadczony? Co to znaczy mieć doświadczenie?
Pozornie wydaje się, że doświadczenie oznacza po prostu doświadczyć czegoś. Ale nie do końca tak jest. Człowiek poznaje na różnych poziomach. Poznanie empiryczne, czyli inaczej doświadczalne jest tylko jednym ze sposobów poznania. Zresztą mają go też i zwierzęta. Ich tresura polega na zadawaniu im pewnego doświadczenia, no i im więcej razy im się to zada, to się w końcu nauczą.
Człowiek natomiast poznaje nie tylko doświadczalnie. Poznaje też intelektualnie – ucząc się sam lub korzystając z pomocy innych.
Doświadczony w sensie ludzkim nie oznacza więc – ten, kto coś UMIE, bo spróbował tego 100 razy. To znaczy raczej dobrze WYTRESOWANY.
Doświadczony, to ten, kto ZROZUMIAŁ SENS danej rzeczy – oto ludzkie doświadczenie.
Są ludzie, którzy np: uprawiali seks 100 razy, a wciąż nie rozumieją, o co w tym w ogóle chodzi. A są tacy, którzy jeszcze czekają, na tego, tą jedyną – bo zrozumieli SENS.
Kto tu jest doświadczony?
pozdrawiam
6 listopada 2009 o godz. 17:00
Odpowiedzi dla Eweliny
Ewelina: „uważasz więc, że ludzie którzy ze sobą nie mieszkają nie uprawiają seksu?”
Prophet: Jasne, że tak nie uważam. Pytanie chyba jest retoryczne
Ewelina: „Nie rozumiem też dlaczego dwójka ludzi, która razem zamieszka miałaby nie rozwiązywać wspólnie problemów?”
Prophet: Nic takiego nie powiedziałem. Jasne, że będą rozwiązywać razem problemy. Jak się przepali żarówka, to ustalą kto ją kupi; będą ustalać co będzie na obiad; jak jedno będzie smutne, to drugie będzie je pocieszać; wspólnie będą płaci rachunki itp. itd….
Ewelina: „Nie rozumiem też dlaczego dwójka ludzi, która razem zamieszka miałaby (…)nie poznawać się na jakiejkolwiek inne płaszczyźnie poza sferą seksualności wzajemnej?”
Prophet: Nic takiego nie powiedziałem. Napisałem, że to przeszkodzi w poznaniu rzeczy, które powinni osobie się dowiedzieć właśnie w czasie narzeczeństwa. A Ty uprościłaś totalnie, że niby ja napisałem, że wcale się nie poznają.
Ewelina: ” Po ślubie, po wspólnym zamieszkaniu, jak już ta para rozpocznie współżycie to nie mają już żadnych szans na ani wzajemną pomoc, ani dalsze poznawanie siebie, tak?”
Prophet: Jasne, że nie. Nie wiem, co ty cały czas z tą pomocą.
Ewelina: „Zastawiałam się czy to napisać, ale jednak się nie powstrzymam – Bogu powinny się nie podobać całkiem inne zachowania i wydarzenia, niż to że dwoje kochających się ludzi postanawia razem zamieszkać, że się kochają, dbają o siebie i sobą opiekują.”
Prophet: No tu mogłaś się dłużej zastanawiać. Bo to chyba Bóg będzie decydował co mu się nie podoba, a nie Ty za niego. A tak na marginesie to Bogu bardzo się podoba jak dwoje kochających się ludzi postanawia razem zamieszkać, że się kochają, dbają o siebie i sobą opiekują.
Nie podoba mu się tylko wtedy, gdy chcą to robić bez niego, czyli bez sakramentu, którym On chce ich umacniać.
6 listopada 2009 o godz. 17:50
Ok, każdy ma swój punkt widzenia. Ciekawa sprawa, że w taki sposób potrafisz go przedstawić.
A ja często czepiam się pewnych szczegółów by wyłapać sens wypowiedzi rozmówcy
Z tego co zrozumiałam, tak właściwie głównie właśnie chodzi Ci o fakt braku tego sakramentu.
I szanuję to, ale nie przedstawiajmy fałszywych argumentów przeciwko zamieszkaniu razem dwojga ludzi, nie straszmy jakimś zniechęceniem się do siebie czy przyzwyczajeniem, bo bardzo wtedy pojawia się pytanie „to jak wezmą ślub to też się zniechęcą, przyzwyczają, nie poznają?”
Pisząc że mieszkanie razem przyzwyczaja możemy równie dobrze napisać, że tak naprawdę nie trzeba brać ślubu i mieszkać razem, bo się dwójka ludzi przyzwyczai i zauroczenie im minie.
Zamieszkanie razem nie przeszkodzi tej dwójce osób w poznaniu w sobie rzeczy, które poznaje się w okresie narzeczeństwa, bo z góry zakładam że na wspólne mieszkanie decydują się osoby z jakimś już stażem „chodzenia”.
Sama potępiam te pary, które po miesiącu gdy dwóch znajomości pchają się we wspólne mieszkanie, bo to jest właśnie pójście na skróty, rzucenie się na głęboką wodę i to jest właśnie „sprawdzanie”, oszczędzanie sobie czasu – taką postawę potępiam, bo właśnie wtedy łatwo wpaść w wir obowiązków, codzienności bez nawet poznania tej osoby małymi krokami. Nie wyklucza to oczywiście przypadków stworzenia bardzo szczęśliwych związków tym sposobem, jednak w tej sytuacji przypadki te potwierdzają chyba regułę.
26 stycznia 2010 o godz. 13:53
Ale czytacie czasami coś innego niż różnego typu „pisma święte”, blogi, prawda? Wydaje mi się, że większość z Was to młodzi ludzie, a poglądy macie jak osoby żyjące co najmniej pół wieku temu (oczywiście to uogólnienie i z niektórymi osobami, jak lavinka, Ewelina się w większej części zgadzam). Nawet zdziwiłem się, gdy nie znalazłem w żadnym z tych komentarzy, że kobieta powinna wyjść za tego, którego wybrali jej rodzice. Naprawdę czytając ten wpis i komentarze można spodziewać się takiego wniosku.
Według mnie to co zachodzi pomiędzy dwojgiem osób to coś na co recepty nie ma. Nie ma przepisu na to, czy zamieszkanie razem przed ślubem, czy zamieszkanie razem po ślubie poskutkuje i osoby te nigdy się nie rozejdą. A słowa autorki o tym, że para powinna codziennie rano dyskutować na temat swoich zalet i wad, to jakaś bzdura. Kto teraz ma na to czas?
Chyba, że nie powinno to być przeze mnie dosłownie interpretowane, a oznacza tylko tyle, że w związku rozmowa jest ważna. Jeśli tak, to zgadzam się. Rozmowa jest jedną z najważniejszych rzeczy w stałym związku. Ale ponownie bez względu na to, czy się mieszka razem, czy też nie: jeśli nie rozmawiamy między sobą, to jest coś nie tak i prędzej czy później się rozstajemy.
A już na pewno zamieszkanie razem po ślubie nie powinno stanowić o tym, czy para się rozstanie, czy też nie. A co jeśli taka para ma bardziej racjonalne poglądy i akurat nie było mowy o ślubie kościelnym, bo niestety nigdzie na kuli Ziemskiej nie można ślubować przed majestatem Latającego Potwora Spaghetti? Albo akurat nie było mowy o ślubie kościelnym, bo ksiądz nie wyraził zgody, czy też pewnym było, że się jej (zgody) nie dostanie, bo „cudowny” kościół nie popiera związków homoseksualnych? Ślub jest mało ważny. To papier. To ceremonia i ukoronowanie tego, co łączy dwójkę osób. A w związku dochodzi lub nie do momentu, kiedy pada decyzja zamieszkania razem. Czasami po kilku dniach, miesiącach, latach para się rozstaje, a czasami nie. Takie jest życie i mieszanie tego z jakimiś zabobonami nie ma totalnego sensu.
Mieszkam ze swoją połówką od 3 lat. I w odpowiedzi na ostatnie pytania we wpisie autorki: bardzo dobrze nam ze sobą. Nie za dobrze, ale tak w sam raz
A umawiamy się prawie co dziennie, tak jak Ci, którzy nie mieszkają razem… ha! nawet się czasami i z nimi spotykamy (takie double date’y i inne takie) ;D
26 stycznia 2010 o godz. 14:22
Nie do końca się zgadzam; faktycznie, masz rację, że ważna jest rozmowa i analizowanie zachowań oraz interakcji jakie mają miejsce w związku. Myślę sobie jednak, że nie do końca możliwe jest doświadczenie, pełnej gamy tychże zachowań oraz wzajemnego wpływu na siebie kiedy się razem nie mieszka. To zupełnie inne funkcjonowanie dla pary niż na etapie „dochodzenia”. Pewne emocje i zdarzenia nie będą miały miejsca po prostu.
Stoję na stanowisku, że wspólne mieszkanie to ostatni etap przekonywania się o tym, czy warto podejmować decyzję o ślubie (jeśli ktoś ma potrzebę formalizowania związku) Jeśli jest nam dobrze, potrafimy radzić sobie z różnymi trudnościami, dochodzić do satysfakcjonującego obie strony porozumienia to znak oraz codzienne bycie ze sobą sprawia nam radość i satysfakcję to znak, że ewentualna deklaracja co do bycia ze sobą po wsze czasy jest dobrym pomysłem. Tego nie da się inaczej sprawdzić.
Kłopot z ewentualnym brakiem chęci do formalizowania związku po tym jak się ze sobą zamieszka, dowodzi tylko tego, że sama funkcja pobierania się nieco się zmieniła na przełomie ostatnich kilkudziesięciu lat.
26 stycznia 2010 o godz. 17:14
Ja tam zgadzam się z morwo, lavinką i Eweliną. Po pierwsze nie ma na to żadnego schematu, przepisu itp. Zasady moralne? A co, lepiej gdy małżeństwo się tłucze, wyzywa, nie daje dzieciom jeść – ale przecież są po ślubie… Banał, ale jednak.
Ja mieszkałam z moim mężem przed ślubem – w sumie to nie planowaliśmy ślubu w ogóle. Mieszkałam wcześniej z moim byłym facetem – dzięki bogu, że ślubu nie było, bo chyba bym teraz była w psychiatryku:/ albo w szpitalu na intensywnej.
Oczywiście, rozmowa, rozmowa i jeszcze raz rozmowa – ale to zawsze: przed ślubem, po ślubie, ZAWSZE – teraz, po 10 latach – oby.
Fajne, to co piszesz, że ważne jest to oczekiwanie na wspólne zamieszkanie, ale jest dużo przyjemniejszych rzeczy, np wlasnie to, co pisze tytus – świadomość tego, że ON/ONA jest przy mnie. A czy mamy papier, czy nie…Czy to ważne? papier nic nie powinien zmieniać. A dla Boga, jeśli istenije, ważniejsze jest to, czy tu ludzie darzą się szacunkiem i miłością;)
Ale chwała za Wasz pogląd – wszystkiego dobrego;)
27 stycznia 2010 o godz. 13:25
[...] odkopywać notki dotyczące wspólnego życia przed ślubem. A dokładniej mieszkania. (m.in. Cassia oraz Ewelina z Szelestu Stron opisywały kiedyś ten temat). Z tego co widzę obie podchodzą do [...]
19 lutego 2010 o godz. 12:15
19 lutego 2010 o godz. 12:26
Witam was !
Jestem żywym przykładem tego, że życie razem przed małżeństwem jest wielkim błędem. Tak jak pisali wcześniej, w życie wchodzi rutyna i przyzwyczajenie. Wcale nie twierdze, że po ślubie tego nie będzie, wręcz odwrotnie bo będzie się ze sobą na pewno dłużej (w niektórych przypadkach) niż przed ślubem.
Mój związek wisi na włosku, narzeczony twierdzi ze nie ma o czym mówić! Ze za dużo razy próbowaliśmy, (bo taka prawda) dużo razy zrywaliśmy i się schodziliśmy, aż do przedwczoraj ! Narz… stwierdził ze ma dość sprzeczek o byle co a raczej strasznych kłótni w których nie rzadko dochodziło do rękoczynów (z mojej strony)
aż wstyd ! Szły najgorsze wyzwiska…
Zacznę od tego, że on był moim pierwszym i ja jego pierwszą. Znamy się od 6 lat a mam 22 a on 23 od ponad roku mieszkamy razem i właśnie po zaręczynach się wprowadził. Może jestem zbyt smarkata, sama nie wiem…ale jedno wiem kocham go … a on mówi, że mnie ale jednocześnie nie chce się starać ,co mnie dobija! Co o tym uważacie?
19 lutego 2010 o godz. 12:49
Nie rozumiem tego rozumowania:
„(…) rytyna i przyzwyczajenie ale wcale nie twierdze ze po slubie tego nie bedzie wrecz odwrotnie bo bedzie sie ze soba napewno dluzej…”
Niby z jakich powodów bylibyście ze sobą dłużej po ślubie, gdyby doszło po nim do takiej sytuacji, jak teraz? Co takiego zmienia ślub? To tylko papier i złożona przed różnego rodzaju osobami obietnica. A w życiu tak jest, że niekiedy nie udaje się obietnic dotrzymać. Z tego, co kojarzę w Polsce i na świecie rośnie odsetek ludzi, którzy rozwodzą się po ślubie. Dlaczego? Bo spróbowali życia razem i się okazało, że coś zniknęło. Jeśli zniknęło, to nie była miłość i po co to ciągnąć?
***************************************************************
NAPRAWDĘ ZASTANÓW SIĘ CZY CHCESZ CZYTAĆ TO CO NIŻEJ WYSTUKAŁEM. PYTASZ ANONIMOWYCH LUDZI, KTÓRZY NIE SĄ EKSPERTAMI (NA PEWNO JA NIM NIE JESTEM) O RADĘ. NIE LEPIEJ TO PRZEMYŚLEĆ I PODJĄĆ SAMEMU DECYZJĘ?
***************************************************************
Moim zdaniem, jeśli nie macie (on nie ma) ochoty się starać, to wcale nie miłość i wydaje mu się, że Ciebie kocha. Prawdopodobnie to jego „kochanie Ciebie”, to jakiś racjonalny głos w jego głowie, który krzyczy, aby nie skreślał tych lat, które były; bądź są to te wszystkie pozytywne wspomnienia, czy też strach przed życiem bez Ciebie. Może Ty też go tak na prawdę nie kochasz?
Sama widzisz, jakie głupoty tu piszę. Zamiast pytać się anonimowych ludzi o zdanie zastanów się dobrze. Albo zróbcie sobie przerwę, gdy emocję opadną to przemyślcie to na spokojnie, gdy to przemyślicie zakończcie „przerwę” i spotkajcie się i porozmawiajcie. Rozmowa chyba jest najważniejsza. Po tej rozmowie, gdy przedstawicie swoje przemyślenia ustalicie, czy jest to wasze ostatnie spotkanie, czy też jedno z kolejnych i od którego będzie lepiej.
19 lutego 2010 o godz. 22:34
A ja powiem tak, życie dwojga ludzi to kompromis – zawsze jedno albo drugie będzie ciągnęło w jedną albo w drugą stronę – taka już nasza ludzka natura. Ale teraz pobawmy się w miłosnego kucharza, posypmy te „ludzką naturę” szczyptą miłości, szacunku do tej drugiej kochanej osoby, niech dotrze do naszej głowy, że nie możemy prosić drugiej osoby aby zrezygnowała z czegoś ( dowolnie) bo nam to nie pasuje, wówczas gdy to coś jest dla niej ważne. Jak można Kochać drugą osobę i wymagać aby rezygnowała z rzeczy dla niej ważnych, to raczej moje „ja” powinno się nagiąć i to coś zaakceptować – ta zasada tyczy się w obie strony. Pamiętajcie zasadę, nie ma ludzi świętych każdy ma jakiegoś „fisia” w głowie, złe nawyki czy coś tam innego , ale wspólnymi siłami i dobrą wolą i spokojem wszystko da się naprostować zakładając że…ludzie tego CHCĄ, że się KOCHAJĄ i SZANUJĄ.
21 lutego 2010 o godz. 10:03
Powiem wam tak… Wiem, że kłótnie są straszne ale uważam, że w każdym normalnym związku zdarzają się kłótnie -to normalne. Narzeczony powiedział, że to normalne ale nie takie jakie u nas ( no racja). Twierdził, że od pól roku jestem nie do wytrzymania. Od pól roku biorę tabletki antyk., które powodują rożne zachowania wśród kobiet, mnie akurat wszystko drażniło . Cóż nie będę się tylko tłumaczyć tabletkami, ale na pewno mają jakiś wpływ na to wszystko.
Od 2 ni się nie widzieliśmy. Wczoraj zadzwoniłam do niego, bo dostałam nagłej depresji. Nie mogłam się uspokoić. Wiedziałam ze powinnam dać mu to przemyśleć
Zapytałam się – czy przyjedzie porozmawiać ze mną na 15 min i że uważam ze po 6 latach to mi się należny. ON – nie ma o czym to koniec przepraszam ! JA – mówiłeś, że mnie kochasz, to jak możesz mnie tak ranić. ON – tak kocham Cie, ale to nie ma już sensu!
Rozłączyłam się, bo oddychać nie mogłam! Zadzwoniłam do jego mamy. Ona powiedziała, że też boli ją serce i że porozmawia z nim i oddzwoni. Oddzwoniła jego siostra. Powiedziałam jej, że go kocham i że wiem że byłam chamska ale niech nie przekreśla naszego życia! Zapytała się go czy to definitywny koniec, a ON odpowiedział ze za tydzień lub dwa się zobaczymy i pogadamy. Powiedział, że gdy płaczę to rozmowa nie ma sensu. Tez prawda, jego siostra mówi ze to za świeże i ze musimy odpocząć albo nawet ślub przełożyć. Jak o tym pomyślę to mi serce pęka. Jednak od wczoraj mam nadzieje i nią będę żyła przez te następne dni aż do spotkania z nim… moim narzeczonym(mam nadzieje).
21 lutego 2010 o godz. 14:12
Proszę by komentarze były pisane według zasad języka polskiego. Proszę o takie podstawowe zasady, czyli wielka litera na początku zdania, ortografia, gramatyka, znaki diakrytyczne (ą, ę, etc).
Tak by komentarz był dla innych czytelny. To jest najważniejsze
Korekta komentarza, to często 20 minut.
Z góry dziękuję
22 lutego 2010 o godz. 0:09
Marto, jesteś w Nim szaleńczo zakochana, to widać i czuć w tym co piszesz. Wasze kłopoty zaczęły się jak zamieszkaliście razem…o czym pisała Kasia w swoim wpisie.
Zamieszkaliście razem i codzienność Was przerosła…a wiecie czemu…bo jeszcze jesteście na to za młodzi. To jest twój pierwszy chłopak a Ty jesteś jego pierwszą dziewczyną i jeszcze jesteście tacy młodzi. Ty mając 22 jesteś jako kobieta bardziej dojrzała do założenia rodziny, natomiast chłopak w wieku 23 lat to tak naprawdę jeszcze duże dziecko i nie jest gotowy na wejście w etap małżeństwa.
Tak myślę i uważam, że jak teraz macie takie problemy to później w związku może być tylko gorzej. Cieszcie się młodością i życiem, chodźcie na spacery do lasu, czytajcie sobie bajki i śpiewajcie do snu, miejcie wspólne zainteresowania, okazujcie sobie Miłość każdego dnia…bo Miłość to patrzeć w tym samy kierunku i iść do tego samego celu.
Myślę również że Twój chłopak Cię Kocha, ale np. nie chce już być z Tobą bo się „rozmyślił” ale nadal Cię Kocha bo nie umie Ci tego powiedzieć i nie przejdzie mu to przez krtań, bo wie że to Cię zrani. Czeka a może samo się to rozmyje po kościach, może na nadzieję że nie zadzwonisz i o nim zapomnisz…i tak byłoby mu „na rękę”.
No sam już nie wiem…wiem tylko że to jest wasze życie i NIKT GO ZA WAS NIE PRZEŻYJE!
22 lutego 2010 o godz. 16:01
Zgadzam się z Ziemkiem…
22 lutego 2010 o godz. 16:52
WITAM WAS A ZWLASZAZA CIEBIE ZIOMKU:)
A więc … wyprowadził się, wziął swoje meble ale jego siostra zadzwoniła żebym się nie wystraszyła. Mówiła, że dziś z nim porozmawia i wiecie co? Powiedział że tęskni i ze chciałby się spotkać, nie koniecznie dziś ale chciałby. BOŻE normalnie odżyłam!!!!
Więc zadzwoniłam do niego, nie wiedziałam jak zacząć po prostu jakbym pierwszy raz z nim rozmawiała! Takiego wstydziocha dostałam, że szok ciekawa jestem jak będzie wyglądać nasze pierwsze spotkanie po tyg. uff no… i to był nasz dialog.
JA: cześć, ON: cześć wiesz ale dziwnie w pokoju (bo zniósł moje stare ze strychu), ON: podoba ci się ja tak fajnie, ale kosmetyków zapomniałeś. No wiem – powiedział tez ze mam zadzwonić za pól godziny, bo prowadzi i jedzie do taty. JA na to ok pa no i koniec gadania
ALE JAK SIĘ CIESZĘ, nie macie pojęcia. Ziomek masz racje, jesteśmy bardzo młodzi, ale czuje, że to właśnie mój przyszły mąż, z którym będę miała dzieci psa i 2 koty
Och i wiem, że ON też to czuje, ale po prostu mieliśmy załamanie, oboje mieliśmy. Wiecie nie widziałam go 5 dni i już mi lepiej. Znaczy się nie że za nim nie tęsknie, wręcz odwrotnie, tylko ten płacz i panika ustały
Przed chwilą zadzwonił, zapytałam się Go czy tęskni, a On „może i tak…” to wiem, że bardzo. Mówi, że chyba jutro przyjedzie
Zrobię się na bóstwo!! Posprzątam w domu w ogóle:)
Pozdrawiam Marta
27 sierpnia 2010 o godz. 14:43
A ja mam dla Was słowa opisujące spojrzenie na najbardziej omijaną cząstkę opisywanych tu więzi międzyludzkich.
Piszecie o uczuciach, emocjach, o wadach i zaletach, o wszystkim co dostrzegacie w związkach przed czy poślubnych a omijacie sferę duchową człowieka.
Pisząc tu o ślubie rozumiem, że chodzi Wam o chrześcijańskie ślubowanie sobie przed Bogiem. Nie możemy zatem pominąć spraw duchowych – relacji duchowej do drugiej osoby i do samego Boga.
Spójrzmy co daje sam Ślub. Sakrament ten łączy duchowo (nierozerwalnie) dwie osoby oraz łączy on te osoby z Bogiem. Inaczej – narzeczeni ślubują sobie zapraszając Boga do tej relacji.
Warto zatem spojrzeć czym jest mieszkanie ze sobą pary przed ślubem czyli tak zwany konkubinat? Jest mieszkaniem dwojga ludzi, którzy nie są ze sobą związani duchowo (ślubem). Wiążą je ze sobą uczucia, emocje, zalety, cechy które urzekają, czyli jedynie aspekty fizyczne i psychiczne.
W tym przypadku, pary, które pragną żyć z Bogiem budują mur tak aby Boga miało nie interesować co się dzieje w ich życiu.
Co mają do ukrycia? Lub czego się wstydzą?
Chodzi konkretnie o najsłabszą stronę człowieka jaką jest pożądliwość ciała.
To pożądliwość sprawia:
że dwie osoby chcą się mieć na fizyczną wyłączność bez względu na wszystko,
że zawsze w jakiś sposób pragną swej cielesności,
że dwie osoby dążą do fizycznego zjednoczenia ze sobą.
W związkach partnerskich istnieje pragnienie czegoś co przerasta ich życie, co da im maksymalną satysfakcję życia we dwoje.
Natura fizyczna w to miejsce podaje współżycie seksualne, które daje maksimum satysfakcji lecz tylko fizycznej. Jednak nie zapełnia to owego ogromnie silnego wewnętrznego pragnienia człowieka.
Nie bez powodu cudzołóstwem nazywamy wszelkie zachowania seksualne względem osoby, z którą nie jesteśmy zjednoczeni duchowo.
Jedność dwojga – tego pragnie każda para.
Jedność nie tylko cząstkowa lecz pełna.
Wiele ludzi stawia, jako najwyższy argument, twierdzenie, że takową jedność mają dwie osoby, które kochają się szczerze głębią serca. Czy to jednak może konstytuować ich jedność duchową? Na szczęście nie. Choć i w konkubinacie i w małżeństwie potrzebna jest wolna wola dwojga to małżeństwo przewyższa konkubinat aktem zaproszenia Boga do wspólnego życia.
I przez tą sferę również należy spojrzeć na związek aby był szczęśliwy. Bo to nie my jesteśmy sobie źródłem szczęśliwego i pełnego życia, lecz to Bóg jest Tym Źródłem. Szczęście małżeństwa zależy od jakości życia z Bogiem.
Im piękniejsza i zdrowsza relacja z Bogiem tym małżeństwo jest piękniejsze i zdrowsze.
Toteż mieszkanie przed ślubem ma również negatywne skutki duchowe. Przede wszystkim jest to zamykanie się na łaski Boże. Jest fałszywym zapełnianiem duchowego pragnienia jedności z ukochaną osobą czyli zbliżaniem się do popełniania cudzołóstwa i samym cudzołożeniem. Co dalej za tym idzie – anomalia w relacji, rozchwiania emocjonalne, psychiczne. Czyli zamiast dojrzewać człowiek się cofa.
Pozdrawiam.
Konrad
30 sierpnia 2010 o godz. 9:56
@Konrad:
Skąd przypuszczenie, że chodzi nam o chrześcijańskie ślubowanie sobie przed Bogiem? Czy pisząc o uczuciach, emocjach życiu razem do śmierci nie może nam chodzić o np. ślubowanie w urzędzie stanu cywilnego?
Być może pomijana tutaj jest sfera duchowa człowieka, gdyż to jego własna, prywatna sfera. Być może ją pomijamy, bo dla nas to z założenia sfera z Bogiem lub bez. Nie wmówisz mi, że małżeństwa, które zawarły sakrament ślubu przed ołtarzem są bardziej szczęśliwe niż te, które zawarły związek małżeński w urzędzie stanu cywilnego. Śmiem twierdzić, że to tak samo szczęśliwe małżeństwa! Nie wmówisz mi, że osoby związane ze sobą bez zawarcia związku małżeńskiego w urzędzie stanu cywilnego oraz bez złożenia ślubu przed ołtarzem są mniej szczęśliwe niż osoby związane w jakikolwiek sposób formalnie (czy to w urzędzie, czy w kościele). Ponownie śmiem twierdzić, że to tak samo szczęśliwe pary! Być może dlatego pomijana była tutaj kwestia, którą poruszyłeś.
Piszesz: „W tym przypadku, pary, które pragną żyć z Bogiem budują mur tak aby Boga miało nie interesować co się dzieje w ich życiu. Co mają do ukrycia? Lub czego się wstydzą?”. Ale czy Bóg nie jest wszechwiedzący? Przecież pomimo, że wybudują „mur” to Bóg i tak będzie wszystko wiedział, słyszał i widział. Dlatego odpowiem na Twoje pytania: Nie mają nic do ukrycia i niczego się nie wstydzą
30 sierpnia 2010 o godz. 11:43
Z tego co wiem to Cassia pisze o ślubie chrześcijańskim
Duchowość ludzka to nie sprawa indywidualna bo gdyby tak było to ludzie nie żyliby w społeczeństwie lecz byliby indywiduum niemogącym się rozumieć. Inaczej to ujmując – jeśli duchowość ludzka to rzecz indywidualna to i cielesność ludzka jest indywidualna a co za tym idzie – ludzie nie mieliby w ogóle względu na siebie i nie byłoby mowy o jakimkolwiek ślubie.
Nie wmawiam nikomu, że zawarcie małżeństwa „przed ołtarzem” od razu sprawia, że małżeństwo jest zawsze szczęśliwe.
Mogę jednak zapewnić, że osoby, które przed Bogiem złożą sobie ślub i żyją z Bogiem w małżeństwie otwierają się na ogrom łask Bożych. Bóg przenika całego człowieka, zatem Jego działanie daje maksimum szczęścia.
To właśnie tej głębi szuka każdy człowiek. Niestety nie każdy się otwiera na to. Są tacy, którzy zostali pozbawieni takiej możliwości przez innych ludzi a są również tacy którzy rezygnują dobrowolnie z tej możliwości oddając się innej sprawie Bożej dającej inną łaskę życia wewnętrznego.
Dalej śmiem twierdzić (nie wmawiam), że małżeństwa chrześcijańskie (te szczęśliwe i żyjące z Bogiem) są bardziej szczęśliwe od tych niechrześcijańskich (szczęśliwych). Tym drugi zawsze brakuje jakiegoś „pierwiastka” życia.
Potrzeba dowodów? Nie szukaj dowodów wśród młodych małżeństw, lecz wśród tych co już przeżyli szmat drogi życiowej w związku.
A odnośnie ostatniego akapitu to proszę Cię morwo byś nie wyrywał zdania z kontekstu,
Odpowiadają dalej: Bóg jest Wszechwiedzący lecz nie jest chamem wchodzącym z butami w czyjeś życie. Jest Dżentelmenem oczekującym na zaproszenie. Słowo ‘mur’ jest metaforą mającą zobrazować sprawę opisywalną.
Z resztą nie wnikam dalej w rozmowę. Bo przedstawiłem moje spojrzenie na ŚLUB małżeński. Jednocześnie informuję, że jest to spojrzenie ludzi, którzy wierzą w Jezusa Chrystusa, spojrzenie chrześcijańskie.
Proponuję każdej osobie przemyśleć ten punkt widzenia. Nie narzucam.
Pozdrawiam
31 sierpnia 2010 o godz. 21:38
28 sierpnia 2010 o godzinie 15.00 w Słupsku ślubowaliśmy przed Bogiem, że będziemy RAZEM. Dotknęliśmy nieba
1 września 2010 o godz. 8:57
Gratulacje i wszystkiego najlepszego!
1 września 2010 o godz. 10:57
Dziękujemy bardzo. Już 4 dni po ślubie