Po ślubie
Dotknęliśmy nieba – pomyślałam tuż po przysiędze małżeńskiej. Uczucie niesamowite kiedy obok Ciebie stoi już mąż/żona a nie ukochany/a czy narzeczony/a. Dzień ślubu był przepięknym dniem jednak o tej pięknej naszej uroczystości napiszemy niedługo kiedy to będziemy mogli już umieścić kilka zdjęć. Dziś - po ślubie jesteśmy już 9 dni szaro, zielono i pomarańczowo
Odpocząć po ślubie i weselu trzeba, tak więc we czwartek 2 września wyjechaliśmy.. W naszą pierwszą podróż małżeńską wybraliśmy się do taty Ziemka. Obiecaliśmy, że przyjedziemy, więc szybko spakowaliśmy plecaki i w drogę.
Nie będę mówić w jakie strony pojechaliśmy – po zdjęciach na pewno można poznać – było pięknie. Mąż warszawiak a ja wychowana w małym miasteczku, ale też „miastowa” – wsi nie pamiętam – choć wmawiano mi, że jako dwulatka jeździłam. Ten wyjazd był dla NAS wielkim oderwaniem się od dzisiejszego świata.
Do stolicy przyjechaliśmy o godzinie 6.30 od razu odwiedziliśmy rodzinę spod Warszawy. Dziadek chciał zobaczyć swojego wnuka i jego nowiusią żonkę. Wygłodniali po podróży niezbyt wygodnym autobusem zjedliśmy śniadanie u dziadka. Tak jak każdy dziadek miał nam do opowiedzenia wiele opowieści, to z dzieciństwa, z młodości etc. Niestety musieliśmy jechać dalej, toteż w stolicy byliśmy najwyżej godzinę.
Bardzo ważnym punktem był Radom. Wiadomo jeśli pakowanie jest w biegu to można zapomnieć wielu potrzebnych rzeczy, także i nam zabrakło jednej bardzo przydatnej. A mianowicie pasty do zębów -radomska apteka nas uratowała. Co by nie robić reklamy nie będziemy zdradzać firmy.
W Radomiu odwiedziliśmy Księgarnię i „Małą Księżniczkę” – tęskniła za nami bardzo. Jeszcze nie znalazła swoich właścicieli dlatego smutno jej w Księgarni.
Po południu dotarliśmy do domu. Wysiedliśmy z samochodu.. nie wiedzieliśmy, że Sabciu chce się z nami przywitać. (Sebastian – wielki Bernardyn, który wzbudza respekt) Jak nie skoczył, jak zaszczekał, pomachał wielkim ogonem – a ja przestraszona, cała w nerwach. On taki wielki a ja mała i drobna, całe szczęście blisko był mój mąż, obronił mnie. Sabciu tak się cieszył, jak zobaczył nowe twarze.. chciał się po prostu przywitać
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Wypakowaliśmy się nieco, uszczknęliśmy rąbka tajemnicy, zjedliśmy przepyszny obiad, położyliśmy się… chcieliśmy się tylko zdrzemnąć – nasz organizm jednak wiedział, że potrzebuje troszkę więcej odpoczynku, więc obudziliśmy się rano. Wypoczęci i wyspani.
Kaczuszki, które zaadoptowane w domu przesiadują mają mnie już z pewnością dosyć. 2 z nich to istne przytulanki, jednak jak to kaczki… strają „Kaczka to sra (…)” – Jasminum. Takie malutkie, takie mięciutkie, takie delikatne, tylko je przytulić.
Internet to nasz drugi (trzeci?) dom, więc w kontakcie ze światem byliśmy. Nie ryzykowaliśmy – przecież na odwyk nie przyjechaliśmy.
Ziemek troszkę pomagał w polu przy zwożeniu koniczyny dla krów, ja w tym czasie niestety zaglądałam co się w Słupsku i Ustce. Z racji tego, że woda stała na polach i w rowach po ulewnych deszczach trzeba było założyć kalosze. Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam na nogach gumowce ;p Możliwe że podczas powodzi, która nawiedziła nasze miasto dziesięć lat temu a może i jeszcze wcześniej. Mała rzecz a cieszy.
W trakcie popołudniowej drzemki słuchaliśmy, Małej Księżniczki, opowiastek, satyr, opowiadań czytanych oczywiście przez samego autora. Do dziś w uszach słyszę ten głos. Mój mąż słodko zasypiał, ja słuchałam. Kotka Halinka w tym czasie najczęściej odbywała toaletę troszkę zagłuszając. Niedługo twórczość taty ujrzy światło dzienne, tak samo jak Mała Księżniczka.
A teraz kilka zdjęć.
Spodobał Ci się wpis? Polecam również:
2 komentarze(y)


Rewelacyjna podróż poślubna!! To lubię:)
a pewnie, pierwszy raz życiu widziałam małe kaczuszki ( co też widać na zdjęciach).